Strony

poniedziałek, 1 lipca 2019

Pierwsze dni wakacji

U nas dość intensywny czas był ostatnio. Zaczęło się od zakończenia roku, później był wolny czwartek więc by uczcić rozpoczęcie wakacji wybraliśmy się na wycieczkę do Magidznych Ogrodów. W piątek i sobotę Nataniel bym z dziadkiem na rybach. Od piątku miałam 3 dni kiermaszu, a Natanielkowy tata z dzieciakami w niedzielę był na urodzinach u kolegi Nataniela z przedszkola. W niedzielę był też dzień ojca więc z rana dostał prezenty, a jak już wieczorem byliśmy w domu to na szybko przygotowałam słodki poczęstunek i chwilę świętowaliśmy ten ważny dzień :)
Kolejny tydzień zleciał nam bardzo szybko, upalnie więc była zabaw w basenie, w między czasie cały czas Natanielkowy tata buduje domek dla Nataniela i Poli. Mamy już gotową piaskownicę pod domkiem więc ostatnio zabawa przeniosła się tam.
Lipiec póki co zaczyna się bez większych wyjazdów i siedzimy w domu, dopiero pod koniec lipca Nataniel wyjeżdza z ciocią na tydzień wakacji, a my ruszamy na urlop dopiero w sierpniu.





























sobota, 25 maja 2019

"Nie umieraj do jutra"

Spojrzałam i widzę, że ostatni post też był książkowy. Ostatnio mało czasu na cokolwiek, na czytanie też, ale udało mi się doczytać do końca więc chcę napisać Wam kilka słów o książce, którą warto przeczytać.
Myślę, że jeśli śledzi ktoś bloga wie, że tematyka II Wojny Światowej bardzo często występuje w książkach, które czytam. Jest to jeden z okresów historii, który w jakiś sposób mnie fascynuje (chociaż może to nie koniecznie najtrafniejsze słowo, ale jest to okres, który bardzo chętnie zgłębiam i czytam o tym co się wtedy wydarzyło, bo to co przeżyli w tam tych czasach ludzie jest niewyobrażalne, ale pokazuje też jak wiele czasem potrafi znieść jedna osoba lub cała rodzina),

"Nie umieraj do jutra" Wacława Glutha- Nowowiejskiego to książka opisująca czas tuż po Powstaniu Warszawskim. Miasto miało zostać bez mieszkańców, wszyscy mieli być wysiedleni. Jednak było trochę odważnych osób z wyboru lub nie, którzy zostali w zgliszczach Warszawy. Nie było to bezpieczne, bo wokół kręciło się dużo Niemców, którzy równali jeszcze po powstaniu to co do tej pory nie było zniszczone. Autor książki to jeden z Robinsonów, który przetrwał ten trudny czas. Książka warta jest przeczytania, są w niej historie zwykłych ludzi, którzy zasługują na pamięć za swoje bohaterstwo. Przetrwali ciężką i mroźną zimę, z niewielkimi racjami żywności, które udało im się znaleźć, ryzykowali życiem by dostać się do miejsc gdzie mogą naczerpać wody. Część z nich zginęło, ale Ci co przetrwali w większości żyli jeszcze wiele lat. W książce podoba mi się szczególnie to, że po każdym rozdziale jest krótka wzmianka co stało się z danymi osobami po tym jak udało im się opuścić kryjówki. Wiele z nich przetrwało, bo miało wolę życia, uniknęli czasami w zaskakujący sposób śmierci. Jedni chcieli zobaczyć swoje rodziny, inni wiedzieli, że nikogo bliskiego już nie mają na tym świecie, ale chcieli przetrwać.
W książce są też zdjęcia z opisami z czasów powstania.
Wszystko to stanowi spójną całość.
Zdecydowanie polecam książka pokazuje, że nawet w najtrudniejszych chwilach, wycieńczenia, głodu i braku sił wola życia jest czasami silniejsza od słabości i wygrywa :)


środa, 24 kwietnia 2019

Kołysanka z Auschwitz

Jakiś czas temu pisałam, że mam w planach przeczytać tą książkę. W końcu nadszedł ten czas, a że w święta się rozchorowałam i lezę w łóżku z antybiotykiem (tak mam taki komfort chociaż przy chorobie, bo mój mąż został z dzieciakami na kilka dni) to miałam czas przeczytać " kołysankę z Auschwitz" w jeden dzień,
Tu przytoczę Wam co napisałam na grupie książkowej:
"kołysanka z Auschwitz" przeczytałam jednym tchem. Przy niektórych opisach łzy same spływały z oczu. Kobieta,która wcale nie musiała trafić do obozu, ale jej siła miłości nie wyobrażała sobie pozostawić rodziny. Dała wielu dzieciom swoją miłość i dobroć jako dyrektorka przedszkola w Auschwitz. Co wywołuje największe emocje? Fakt, że historia miała miejsce na prawdę. Za każdym razem gdy czytam takie historie jestem wdzięczna, że mam tak wiele, a za razem przeraża mnie fakt do jakich okrucieństw zdolny jest człowiek w imię czego? Władzy, czystości krwi. Każdy z nas zasługuje na szacunek, a takie książki utwierdzają mnie w przekonaniu, że o takich historiach trzeba mówić, pisać, zachowywać w pamięci, żeby nie doszło znów do tak wielkiej tragedii w teraźniejszości.

A teraz jeszcze kilka słów więcej. Historia mocno mną poruszyła ile jedna osoba w imię matczynej miłości potrafi wycierpieć, jak się poświęcić by Jej dzieci przeżyły. Jeśli ktoś choć trochę zna historie obozu wie, że nie łatwo była utrzymać przy życiu jedno dziecko, a co dopiero pięcioro.Walka o każdy dzień, wola przetrwania, ale i utrata nadziej po jakiś strasznych dniach to wszystko przeplata się w tej książce.
Im więcej książek o tematyce II Wojny Światowej za mną tym więcej przemyśleń nasuwa się na myśl, ale głównie takich ile człowiek potrafi znieść dowiaduje się dopiero wtedy gdy stanie w skrajnie trudnych sytuacjach, wręcz bestialskich i nieludzkich. Zastanawia mnie ile ludzi w dzisiejszych czasach gdzie panuje w dużej mierze egoizm było by w stanie wycierpieć dla swojej rodziny, czy miały by wole walki. Ile jest osób, które gdy coś w rodzinie nie wychodzi odchodzą, zostawiają dzieci, a ta matka mimo, że miała wybór jako jedyna z całej rodziny mogła zostać wolna wybrała niewolę w imię miłości do dzieci i męża. Mam nadzieję, że nigdy nie wrócimy do tak bestialskich czasów, ale przy takiej lekturze jest gonitwa myśli i jestem pełna podziwu dla tych ludzi, którzy się nie poddawali mimo, że wiedzieli, że ich los jest przesądzony, robili wszystko, żeby obozowa rzeczywistość wydawała się choć odrobinę znośniejsza. Myślę, że każdy powinien przeczytać chociaż jedną książkę w tej tematyce by pamiętać historię, by nie pozwolić na podobne historie w przyszłości.

czwartek, 18 kwietnia 2019

Weekendowy Rzym

Ostatnio mój mąż obchodził swoje 30 urodziny. Chwilę zajęło mi wymyślenie prezentu. Chciałam, żeby było to coś wyjątkowego i nie codziennego. W końcu postawiłam na niespodziankę w formie wycieczki. Najpierw wykupiłam lot. Zapytacie tak jak mój mąż czemu akurat Rzym? Odpowiem tak: po pierwsze ograniczało mnie to, że musiało być to w Uni, bo nie mam aktualnego paszportu, po drugie dalszy wyjazd to dalszy lot więc stracili byśmy cenne godziny zwiedzania. Dlatego też po przejrzeniu ofert w te dni w których pasował nam wyjazd wyszło, że najlepszą opcją będzie Rzym. Po rezerwacji lotów przez kilka dni szukałam noclegu, ostatecznie znalazłam go w bardzo dobrej cenie w Rzym Ciampino tam gdzie lotnisko.
Początki niespodzianki były takie, że mój mąż był przekonany, że wziął wolne i ma zaopiekować się dziećmi, bo ja jadę na kiermasz. Zależało mi na tym, żeby na ostatnią chwilę dowiedział się, że gdzieś jedziemy i tak rano w dzień urodzin dostał kartkę z życzeniami i liści z wyjaśnieniem, że musi mi wybaczyć małe kłamstwo, ale zamiast na kiermasz to gdzieś go zabieram i stopniowo odkrywałam przed nim kolejne punkty na drodze.
Najpierw pojechaliśmy zawieźć dzieci i psa do dziadków, później kierunek Warszawa i dopiero na lotnisku dostał zapakowany przewodnik i powiedziałam, że to jest cel naszej podróży. Był zaskoczony, że akurat Rzym. Lot mieliśmy mieć po godzinie 14, niestety okazało się, że jest opóźniony o 15 minut, po czym po tym jak już wszyscy wsiedli do samolotu pilot powiedział, że niestety samolot ma jakieś problemy techniczne i czekamy na technika. W Rzymie mieliśmy być 16:25, a dopiero o 16:09 wystartowaliśmy z Polski. Po wylądowaniu lepiej nie było mega wiało i po tym jak już byliśmy po przesiadce z metra na autobus zaczęło padać. Doszliśmy na nocleg cali mokrzy. Przebraliśmy się i nie powiem pomyślałam, że jak tak dalej pójdzie to jednak nie była to dobra niespodzianka. Jak już się ogarnęliśmy w pokoju postanowiliśmy, że pójdziemy jeszcze na pizzę. Znaleźliśmy w google trasę i ruszyliśmy nie było daleko bo jakieś 500 m, ale niestety nawigacja pokazała nam drogę która okazała się zamknięta bramą i musieliśmy iść inną w między czasie zaczęło lać. Dobiegliśmy do lokalu cali zlani deszczem. Na miejscu miła Pani zapytała czy nie chciała bym się trochę wysuszyć i zaprowadziła mnie do łazienki gdzie była suszarka (och jaka byłam jej wdzięczna, bo czułam się jak zmokła kura) zjedliśmy pizzę zupełnie inną niż u nas. Szczególnie co mnie zdziwiło to gotowane jajko na twardo na pizzy i pieczarki, które wyglądały praktycznie na surowe. Po kilku dniach stwierdziliśmy, że tak obsławiona kuchnia Włoska jakoś nie koniecznie nam podeszła. Za każdym razem jedliśmy co innego i w innym lokalu, tylko z jednego wyszliśmy zadowoleni.
W jednym miejscu jadłam lasagne i powiem szczerze, że mój mąż robi ją o wiele lepszą.
W kolejny dzień było już lepiej wyszło słońce i dało się zwiedzać. Oczywiście też nie obyło się bez różnych akcji np. wyszliśmy z metra na stacji Koloseum pierwsze co to tłum ludzi, naganiacze, ludzie wciskający różne rzeczy np. kwiaty jako prezent, a później chcący za to kasę. Byli niektórzy na tyle natrętni, że ludziom w ręce te rzeczy wciskali, albo stosowali różne triki żeby kogoś zatrzymać i, żeby kupił co mają w rękach. Mega mnie to wkurzało na każdym kroku trzeba było mówić nie i nie.
Dodatkowo kupiliśmy kartę, która przez 72 h uprawniała nas do darmowych przejazdów i do wejścia do dwóch wybranych muzeum za darmo bez kolejki. Ale nachodziliśmy się i nabłądziliśmy jak tą kolejkę ominąć. Każdy naganiacz wycieczek mówił co innego, w końcu ostatni powiedział, że trzeba iść do kasy wziąć darmowy bilet i wtedy jest osobna kolejka i miał rację (jeden był tak miły, że proponował ominięcie kolejki za 15 euro od osoby, co my i tak mieliśmy wejść bez kolejki :D).
Koloseum mnie osobiście nie powaliło widokiem. Z zewnątrz może nawet lepiej wygląda niż w środku. Kontrola do wejścia jak na lotnisku. Ogólnie wielki rozgardiasz o obejrzenie ruin. Biorąc pod uwagę kiedy to było budowane i, że nie było takiej techniki jak teraz to jak najbardziej wielki podziw budzi ta budowla, ale patrząc na nią tak na dzisiejsze czasy to więcej problemów, żeby się do niej dostać niż zachwytu w środku przy zwiedzania.
Kolejnym miejscem na naszej mapie był Palatyn i Forum Romanum tu podobało mi się o wiele bardziej. Ładne ogrody co nas zaskoczyło to mandarynki w kwietniu na drzewach :) chociaż jakoś bardzo ciepło nie było.
Kolejne dni to słynna fontanna wkoło tłumy, plac Hiszpański i schody , zamek św. Anioła i w dzień wylotu park w którym wynajęliśmy sobie na godzinę dwuosobowy rower i zwiedziliśmy główne miejsca. Co mnie zdziwiło to, że w parku dojeżdżały nawet autobusy. Jednak był to taki park gdzie mnożna było spędzić cały dzień - wielkość robiła wrażenie. Fajne fontanny, budowle.
Co nam się podobało to, że miasto jest utrzymane w takim starym klimacie nie ma tam nagle nowoczesnych budynków zaraz koło jakiś zabytków dzięki czemu Rzym tworzy spójną całość.
Ma fajne klimatyczne wąskie uliczki gdzie jest sporo różnych lokali. Ale co dziwne nie ma tak, że idzie się dwa kroki i na każdym rogu coś jest bo albo jest ich mnóstwo na jednej uliczce, a później się idzie i idzie i nie można nic znaleźć.
Ciężko było nam znaleźć typową piekarnię, żeby kupić rogaliki, ostatecznie na powrocie już w stronę lotniska udało nam się w jednym miejscu je dostać.
Lody jedliśmy w dwóch miejscach w pierwszym były przeciętne, w drugim już lepsze, ale nie odbiegają od tych kupionych u nas w dobrej lodziarni.
Co ciekawe w centrum nie ma tak jak u nas marketów na każdym kroku, ciężko było je spotkać. Weszliśmy do kilku lokalnych sklepików, ale tam głównie były typowo rzeczy jednej kategorii typu sery, czy salami.
W Rzymie cukiernia to trochę inaczej niż u nas typowo piekarnia to jedno, cukiernia drugie, a lodziarnia trzecie. Weszliśmy też do jednej cukierni gdzie sprzedawali typowo swoje wyroby tiramisu, lody i ciastka. I tam właśnie jedliśmy te lepsze lody i ciasteczka jakich u nas w Polsce nie ma.
Makaronami byliśmy zawiedzeni, pizza była ok, ale zdecydowanie w Rzymie króluje pizza na cienkim cieście. Jeśli chodzi o ceny to za pizze średnio trzeba dać 6 - 15 euro, za makarony około 7 - 12 euro. Lody sprzedawane są na wielkości rożka nie na gałki jak u nas. Mały rożek gdzie można wybrać sobie dwa smaki to koszt około 3 euro. Piwo około 3-5 euro.
Podsumowując Rzym nas i zachwycił i rozczarował zależy od której strony patrzeć. Ogólnie mój mąż był zadowolony z prezentu, bo nie spodziewał się takiej niespodzianki. Ale z mojej strony myślę, że zachwyt nad kuchnią Włoską jest przesadzony. Fakt kupiliśmy ciekawe makarony i przyprawy, ale w tych lokalach co jedliśmy ani nie uraczyliśmy właśnie tych ciekawych makaronów, ani przypraw. Mój mąż stwierdził, że jadąc na szkolenie do Warszawy na przerwie mogą zjeść we Włoskiej knajpce i ta w Warszawie ma lepsze makarony niż te co jadł w Rzymie. Dla mnie dziwne, bo tak dużo ludzi zachwala tą kuchnię, a tu jednak rozczarowanie smakowe może właśnie dlatego, że nastawialiśmy się na coś z efektem wow w kubkach smakowych, a było po prostu przeciętnie.
Na pewno miasto jako miasto jest warte uwagi i ma wiele ciekawych miejsc, które fajnie zwiedzić. Jak ktoś zapyta gdzie warto pójść, nie da się odpowiedzieć w prost na to pytanie, bo to zależy od upodobań zwiedzającego czy lubi galerie sztuki, czy bardziej zwiedzać ruiny, czy może najbardziej interesują go krajobrazy i panorama miasta. Dla wszystkich osób w tym mieście będzie coś innego wtedy warte uwagi dlatego polecam zaopatrzyć się w dobry przewodnik i zwiedzać wybierając to co Was najbardziej zainteresuje.
Nie polecam wypożyczać auta (chociaż sama pierwotnie miałam taki plan) jak zobaczyłam jak Włosi jeżdżą byłam pełna podziwu, że nie zdarzył się żaden wypadek. Ludzie nie patrzą czy jest czerwone czy zielone idą. Tam też przechodzi się na pomarańczowym świetne, na niektórych światłach są specjalne odmierzacze ile czasu jeszcze będzie się świecić pomarańczowe.
W wielu miejscach nie ma oznaczonych pasów, z trzech za chwilę robi się jeden ludzie idą, auta jadą, skutery między nimi i jakoś to się kręci, ale bardzo dużo aut ma porysowane boki, widać zderzenia na zderzakach i pełno obrysowań. Głównie ze względu na wąskie uliczki pewnie i w wielu miejscach braku miejsca do parkowania przy kamienicach jeżdżą tam małymi autami. Jeszcze w życiu nie widziałam tak dużo smartów w tak krótkim czasie ;) także zdecydowanie bardziej polecam kupno biletu, który obowiązuje na całą komunikację miejską niż jazdę samochodem.
To teraz po trochę przydługawym wpisie pora na zdjęcia :)

















niedziela, 24 marca 2019

czytampierwszy.pl

Ostatnio wróciłam do czytania (w sumie to już od dobrych kilku miesięcy) miałam dłuższą przerwę chociaż czytać uwielbiam od dziecka, ale nawał różnych obowiązków sprawił, że jakoś czytanie odeszło na dalszy plan. W końcu kupiłam książkę jedną, drugą i kolejną i tak się wciągnęłam w tym roku przeczytałam już 12 książek, jestem w trakcie czytania 13, a już czekam na 3 kolejne. Udało mi się ostatnio znaleźć fajne miejsce w sieci dla miłośników czytania.
Portal czytampierwszy.pl to miejsce w którym odnajdzie się każdy miłośnik książek. Dzięki portalowi możemy zbierać punkty i wymieniać je na książki i różne czytelnicze gadżety.
Ja bardzo chcę przeczytać "Kołysanka z Auschwitz" to książka o tematyce jaka w mojej czytelniczej bibliotece zawsze będzie zajmować specjalne miejsce. Książki o tematyce II Wojny Światowej zawsze bardzo mnie interesowały. Jest tyle różnych historii o, których warto przeczytać z tego okresu, że każda kolejna książka wydaje mi się skarbnicą wiedzy o tym okresie chociaż bardzo ciężkim i bolesnym na łapach historii to jednak bardzo ważnym do zapamiętania.
Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej na temat pod linkiem który jest wyżej znajdziecie wszystkie szczegóły.


środa, 13 marca 2019

Urodzinowo

Ostatnio u nas urodzinowo 21 lutego Nataniel skończył 6 lat, a 10 marca Pola skończyła roczek.
W przeciągu dwóch tygodni mieliśmy więc dwa Święta w domu. Na urodzinach Nataniela było w tym roku skromniej ze względu na to, że na roczek chcieliśmy zaprosić więcej osób. Łącznie z nami miało być 27 osób, było ostatecznie 22 bo kilka osób złapało przeziębienie i nie dojechali.
U Nataniela było mało osób więc przygotowania zajęły  mi tylko jedno popołudnie.
Najważniejsze, że był zadowolony z prezentów i chciał urodziny piłkarskie więc wszystko było z motywem piłki :)







Na Poli urodziny już w sobotę zaczęłam ogarniać co się da, bo jednak liczba osób była spora. Zrobiłam ciasto na bazie królowej śniegu tylko wszystko co niebieskie z przepisu zamieniłam na różowe, żeby pasowało do baletowego wystroju. Kupiłam na allegro pojemniczki do mini deserków i zrobiłam dwa różne tak by był większy wybór. Na początku wszystko na stole było słodkie, po torcie i prezentach zmieniliśmy zastawę stołu na bardziej kolacyjna były sałatki, dipy i kabanosy w cieście francuskim na ciepło.
Zamówiony tort był idealnie taki jak chciałam, żeby był więc na pewno przy kolejnej okazji mam sprawdzone miejsce :)











Pola dostała mnóstwo prezentów nawet nie była w stanie rozpakować ich wszystkich w dniu urodzin, te, które nie zdążyła rozpakowywała przez dwa dni jeszcze po urodzinach.
Gości wyszli zadowoleni, wszystkim wystrój się bardzo podobał więc po pożegnaniu wszystkich gości mogłam odetchnąć z ulgą, że roczek się udał :)